niedziela, 13 grudnia 2009

Umowy zlecenia a badania

Ostatnio harowałem. Po raz kolejny - ciekawym jest, że ja, BHP - owiec, mam wiecznie przekroczone normy czasu pracy.

Ostatnio pada pytanie:
Panie BHP, czy umowy zlecenia też muszą być badane?

Na co Pan BHP sobie pomyślał: no oczywiście chamy jedne, żal wam trzydzieści złotych, żeby pracownika przebadać!!

Podczas gdy powiedział: Tak, bo kodeks pracy do tego zmusza.

Tak szczerze to powiedziałem trochę na odczepne, ale potem raz jeszcze sprawdziłem temat. Okazuje się, że rzeczywiście, w myśl art 207 i art 304 KP nie tylko pracodawca, ale też zleceniodawca musi zapewnić badania na własny koszt osobom zatrudnionym na umowę zlecenie, podobnie z osobami, które prowadzą jednoosobową działalność pracując u pracodawcy.

No i tym samym, pracodawcy - sknery mają zamknięte usta.

Chociaż z drugiej strony - jakby się uprzeć, to pracodawca lub "organizator pracy" może mieć dowolność we względzie, czy wyśle, czy też nie wyśle zleceniobiorcy / jednoosobowego działacza gospodarczego na badania... Potwierdza to jedna z opinii Państwowej Inspekcji Pracy. Na szczęście opolska IP każe wysyłać wszystkich na badania.

Bo przecież wiadomo, że te wszystkie jednoosobowe działalności gospodarcze pod egidą jakiejśtam firmy, umowy zlecenia itp. to wszystko po to, by mniej ZUS - u i innego złodziejstwa płacić. A pracownik na takiej umowie jest pracownikiem, jak każdy inny.
Pozdrawiam, jutro kolejny ciężki dzień.

czwartek, 10 grudnia 2009

Ustawa pomostowa

Kurcze i mam pewien problem. Chodzi o ustawę z uprawnieniami do emerytur pomostowych - w jednym z zakładów ludziska harują po pachy ubazgrani w brudzie i pocie, w wysokiej temperaturze. Niestety nowa ustawa odebrała uprawnienia do wczesniejszej emerytury dziewięćdziesięciu procentom z nich. Telefony do Inspekcji Pracy nic nie wnoszą do tematu - w PIP-ie nie mają żadnego info, czy zakład może sobie dopisać stanowiska pracy, na które będzie płacił do Funduszu Emerytur Pomostowych. Domyślam się, że pewnie płacić mogą, bo przecież do budżetu to zawsze można wpłacać pieniądze. Pytanie tylko czy da to pracownikom tej firmy uprawnienia do wcześniejszej emerytury? Zapewne nie, bo Budżet Państwa musiałby ruszyć kieszenią. No i byłoby kolejne emerytalne rozdrabnianie się...

sobota, 28 listopada 2009

Niektórym to się wydaje...

Podbijam do jednej firmy w środę z rana, cały szczęśliwy, bo i firma fajna i ludzie mili. Mieliśmy tę firmę w obsłudze niecałe dwa miechy, ale cieszyłem się, że przypadła mi wreszcie jakaś firma pracująca na nowym sprzęcie, z piękną misją nie tylko na papierze, ale i w realizacji.

No więc podjeżdżam do tej firmy, a tam na dzień dobry szef z obrażoną miną do mnie:
"Jak już pan skończy, to proszę przyjść do mnie, bo chciałem się dowiedzieć, co pan zrobił przez te dwa miesiące".

No nic, trochę kwas, ale sobie zrobiłem rachunek sumienia i pomyślałem, że nie ma co się bać, będę miał się czym pochwalić.

Tymczasem wskoczyłem na zakład pozbierać dane do nowych instrukcji. Po godzinie znowu trafiam na szefa tejże firmy. Myślę sobie "raz kozie śmierć", niech gada co mu na duszy leży.

A ten mi wyjeżdża, że on nie wie, co było zrobione przez te dwa miechy, że tylko pierwszy przegląd był szybko i sprawnie zrobiony, a potem to tylko nie wiadomo po co przyjeżdżałem, chyba tylko kawy się napić.

Myślę sobie: No k***a mać! Ani jednej kawy w tej zakichanej firmie nie dostałem, a jak chciałem jakiekolwiek dane do oceny ryzyka, czy do instrukcji stanowiskowych, to sam musiałem sobie kiblować wieczorami, przekopując ich niepoukładane teczki. No co za fagas!

No ale nic, reprezentuję moją firmę, mimo, że mógłbym kolesiowi powiedzieć co nieco (chociażby tekst, że jak chce ten burdel mieć w miesiąc wyprowadzony na czysto, to niech sobie zatrudni etatowego BHP-owca za dwa patyki, a nie za marne grosze mnie będzie gonił!), to się powstrzymałem.

Uwaliłem skruszoną minę, stwierdziłem, że kolo ma rację itepe. W końcu to klient, cham, ale klient.

Tego samego dnia zapewne w tej pieprzonej firmie mnie przewiało, bo już w południe miałem kluchę w gardle. Mimo gorączki, następnego dnia wbijam na kolejny przegląd, aż tu nagle mój szef dzwoni.
Mówi, że firma tego nieprzyjemnego gościa zrezygnowała z naszych usług, ale się mam nie przejmować, wezmą innego BHP - owca i po pierwszej kontroli PIP sami wrócą. Jak większość naszych firm.

Bo takim gościom się wydaje, że za jego śmieszne kilka stówek będę u niego siedział dzień i noc. Potem sobie biorą etatowych BHPowców, którzy zawalają sprawę jeszcze bardziej niż jest na początku. W końcu jest tak, że firma płaci dwa patyki etatowcowi, który daje ciała i dodatkowo kilka stów nam, żeby naprawić błędy ich etatowca. Ale to wymaga czasu. Jak wspomniana dzisiaj firma wróci, to napiszę.
Pozdrawiam

niedziela, 22 listopada 2009

Powrót do ciężkiej orki...

No i po urlopie. Ten tydzień minął jak z bata strzelił. W zasadzie to nic nie odpocząłem, a rozregulowałem sobie tylko swoją organizację dnia pracy.

Po powrocie oczywiście nawał pracy:
Kilkanaście ocen ryzyka do poprawienia, przeglądy kilku nowych zakładów, na przyszły tydzień dwie kontrole PIP-u w obsłuygiwanych firmach. Nic, tylko się załamać. No i osiem ton papierologii.
No ale taki fach, może jak przejdę na swoje, to jakoś to rozwiążę, pozatrudniam ludzi od papierkowej roboty, a sam tylko będę się woził i "zbiera dane" :)

Wracając do tego, ze nic nie odpocząłem przez ten tydzień: musiałbym poszukać w literaturze n.t. regeneracji w pracy, czy ktoś próbował pracować dłuższy czas bez urlopu. Bo możecie mi wierzyć, przed urlopem czułem lekkie zmęczenie, ale nie takie jak po urlopie, kiedy musiałem się zmierzyć z tym wszystkim...
A nowy tydzień zapowiada się jeszcze gorzej, bo przecież coś musze wpisać do rozliczenia z szefem, mam więc masę rzeczy do pokończenia :/
Trzymajcie kciuka.

wtorek, 3 listopada 2009

Ci z zagranicy też mają się kiepsko

Robię sobie czasami szkolenia dla ukraińców i mołdawian. Razem z tłumaczką przyjeżdżamy do miejscowości w województwie opolskim, siadamy i ja nawijam, a tłumaczka przez 3 godziny się gimnastykuje. Jak tak dalej pójdzie, to sam zacznę "szprechać" po rusku :P

Okazuje się jednak, że i w Polsce są zakłady, zabierające cudzoziemcom paszporty, trzymające ich w skandalicznych warunkach. Tak było w podopolskich Karłowicach - przybysze ze wschodu i Azjaci mieli się nie za wesoło, siedzieli biedni w ciemnej norze, bez paszportów. Link do arta w gazeta.pl

Ciekawe, że jak gdzieś we Włoszech Polaków trzyma się w takich warunkach, to zaraz info jest w głównym wydaniu wiadomości i we faktach na TVN - ie. Ale jak takie rzeczy wyrabiają się w Polsce, to już jakoś tak głośno nie jest...

Nieuczciwy pracodawca powinien teraz w ramach "duchowego zadoścuczynienia" sam popracować i pomieszkać sobie w takich warunkach.
Pozdrawiam.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Czas pracy na wesoło

Śmiać mi się normalnie chce. Zacznę od tego, że moją podstawową pasją jest zarabianie pieniędzy. Poczatkowo kręciłem nosem na nowy sposób rozliczenia w firmie, potem - jak to ja - dostrzegłem w nim szanse.

Jaki to sposób?
Ano bardzo prosty, jak nabiję sporo roboty, to dostaję wypłatę wg schematu ilość zrobionych rzeczy razy ich cena.
A jak się cały miesiąc obijam, to jakieś tam pieniądze w minimalnym wymiarze zawsze dostanę.

Początkowo rozleniwiony jeszcze wakacjami, w których nie miałęm urlopu, miałem ciężko się przestawić na nowy system, w ubiegłym miesiącu w pierwszych dwóch tygodniach pracowałem nad "optymalizacją" różnych duperel w firmie (o tym kiedy indziej) i w zasadzie czas jakoś upłynął, a z bilansu wychodziło, że zarobiłem 120 złotych :/ Niby płacę minimalną mam gwarantowaną, ale jak to z kasą - zawsze za mało.

Opamiętanie przyszło na czas!
Jak się zabrałem do roboty! W dwa tygodnie nabiłem ze 140 godzin roboty, co prawda niedziela była dniem nieustannego snu, przerywanego jedynie wizytami w ubikacji i posiłkami, niemniej wypłata została uratowana :)

Dodam, że od strony prawnej wszystko jest okej, nikt mi nie zarzuci łamania Kodeksu Pracy :P A ćwierć tysiaka godzin w ubiegłym miesiącu padło :P
Chyba zrobię osobisty ranking i będę sobie odnotowywał rekordy miesięczne - szkolonych osób, ilości wykonanych ocen ryzyka, godzin spędzonych w pracy.

Rekordów zliczających kilometry słów na miesiąc nie bedę liczył, bo mogliby się panowie drogowcy od autostrad zawstydzić hehe.
Pozdrawiam.

Ciężkie jest życie BHPowca

Pierwszy post po dłuższej przerwie.
Jak wiesz, pracuję w firmie BHP obsługującej całkiem sporo innych zakładów. Ciężka z nimi nieraz jest sprawa. Spotyka się taki prezes z moim szefuniem, padają piękne słowa, jaki to on nie jest "probehapowski" i jak to mu nie zależy na pracownikach. Mija pierwszy miesiąc, zazwyczaj prezio ma już pierwszy przegląd za sobą. Jeśli rzeczywiście jest prezesem porządnej firmy to okej. Gorzej, jak tylko składał puste deklaracje przy podpisywaniu umowy.

Takie przypadki to wcale nie rzadkość. Po drugim przeglądzie i sprawdzeniu zaleceń z pierwszego zaczyna się kwas. Zacny prezio traci cierpliwość do mnie - dwudziestokilkuletniego łebka, który zagląda mu w zakamarki jego firmy i zadaje niewygodne pytania. Oczywiście zalecenia z pierwszego przeglądu niewykonane. Pół biedy, jak firma po prostu olewa wyniki przeglądów i powstałe na ich bazie zalecenia.

Gorzej, jak preziowi się wydaje, że oto ja, behapowiec - najemnik wezmę się do sprzątania jego zakładu, a jeszcze na dodatek sobie taki wyobraża, że zafunduję jego pracownikom Peltor - y, albo maski przeciwpyłowe...

Jak widzę takich, to mam wrażenie, że niektórzy to się z pewnymi częściami ciała na łby pozamieniali...

Z ciekawych przypadków też można wymienić dziadowanie o 50 plnów na badania hałasu (rzecz miała miejsce w spółce giełdowej! porażka...), albo telefony z przekleństwami od prezesa, mającego pretensje, że pracowników poinformowałem o wynikach badań środowiskowych. Ręce opadają...
Pozdrawiam.